Przeżywanie żałoby, ale... nie po śmierci?

Przeżywanie żałoby, ale... nie po śmierci?

Żałoba nieodzownie kojarzy się z wielkim cierpieniem, które trwa długo. Ma się wrażenie, jakby miało się ono nigdy nie skończyć. Po przeżyciu żałoby życie już nie wraca do swojego poprzedniego rytmu, nic nie jest takie, jak było wcześniej. I dobrze.

Niektórych może zdziwić fakt, że ten wpis nie będzie o żałobie, którą przeżywamy po śmierci kogoś bliskiego. W ostatnich miesiącach, mimo że notki się nie pojawiały (a jak dobrze wiecie działo się tak z powodu narodzin naszej córki), moja aktywność czytelnicza wcale się nie zmniejszyła. Po kilku lekturach chciałabym zwrócić uwagę na kwestię mało popularną, ale mam wrażenie, że nie dość docenianą przez osoby pracujące w obszarze pomagania innym. Myślę, że dzieje się tak z powodu trudności, jakie natychmiast przychodzą nam do głowy, gdy pomyślimy „żałoba”. I nikt się temu nie powinien dziwić.

Często podczas trwania psychoterapii klient z różnych powodów nie może pójść do przodu, coś go hamuje. Zmienia terapeutów, dowiaduje się o rodzajach psychoterapii, korzysta z jej różnych podejść i dalej oczekiwana zmiana nie przychodzi. I nie przyjdzie. Ponieważ samo nie przychodzi NIC, ale trzeba znaleźć to COŚ, co sprawia, że klient NIE CHCE zmiany. Tak – wiem. Jak to nie chce? Przecież przychodzi do gabinetu właśnie po zmianę; właśnie dlatego, że nie może już wytrzymać z CZYMŚ. Okazuje się, że przychodzi do gabinetu, bo nie może dogadać się z szefem, wychodzi ze zrozumieniem swojej niskiej samooceny z powodu … (tutaj można wstawić właściwie wszystko: nieobecnego ojca, narcystycznej matki, wykorzystania seksualnego, porzucenia przez rodziców albo wyśmiewanie przez rówieśników).

Często okazuje się, że do rzeczywistych przyczyn problemów bardzo trudno się dokopać, ale nie jest to nie do zrobienia. Wielu osobom się to udaje, a nierzadko bywa, że już o nich wiedzą, ale sama wiedza jest niewystarczająca. Choć niezbędna.

W książce „Nigdy dość dobra. Jak wyzwolić się spod wpływu narcystycznej matki” czytamy, że aby córka mogła się uwolnić od wspomnianej w tytule matki, MUSI przeżyć żałobę po straconym dzieciństwie, po matce, jakiej nigdy nie miała. Nie jest to książka tylko dla kobiet, które mają matki-narcyzki, ale w ogóle dla osób, które chciałyby przyjrzeć się jakiejkolwiek trudnej relacji. „Nigdy dość dobra…” to wzruszająca pozycja. nigdy dosc dobra przezywanie zalobyOpowieści córek o ich relacjach z matkami niekiedy wyciskają łzy i zmuszają do zadawania pytania jak można być taką matką? Jak można tak traktować córkę? Otóż można. Pewnie nie tylko we mnie odzywa się bunt, gdy dowiaduje się, że… muszę się pogodzić z tym, że ktoś mnie skrzywdził, zaniedbał, nie kochał.

Brutalna prawda zawiera się w trywialnym zdaniu: „Tak było i już. Musisz to zrozumieć, o p ł a k a ć  i przyjąć odpowiedzialność za swoje życie.” Chciałoby się, aby osoby, które wyrządziły nam krzywdę, odpowiedziały za to. Ale takie podejście nie jest wyzwalające. Ona, on, oni – nie zmienią się. Nie widzą swojej winy. Nawet wtedy, kiedy wyraźnie im o niej powiesz. Częstym stereotypem na temat psychoterapii jest to, że osoba z niej korzystająca będzie musiała się skonfrontować z kimś, kto ją skrzywdził; odbyć szczerą rozmowę, rozpłakać się i jeszcze dostać za to po uszach. OBALAM. Niektórzy to robią, inni nie. Nie ma na to reguły, a sposoby dochodzenia do polepszenia swojego stanu są przeróżne.

Kiedy już dojdziemy do tych głębokich zranień i krzywd, okazuje się, że nosimy w sobie tak przeogromny ból, że proces przepracowania tych ran słusznie i adekwatnie nazywamy przeżywaniem żałoby. Absolutnie nic nie możesz zmienić w przeszłości, nie możesz cofnąć czasu. Za to możesz nauczyć się z tym żyć, prawdziwie dojrzeć i podjąć decyzję o wzięciu odpowiedzialności za swój stan, nastrój, swoje samopoczucie i życie. Już sam fakt porzucenia chęci zemsty, odegrania się, uświadomienia komuś, że zepsuł kawałek twojego życia może być przeżywaniem żałoby.

Żałoba to nie jest jednorazowy akt. To jest żmudny, długi proces opłakiwania, godzenia się, doświadczania ambiwalentnych uczuć. Jednego dnia wydaje się, że już czujesz się lepiej, po czym przychodzi tak obniżony nastrój, że masz wrażenie, że właśnie cofnąłeś się w rozwoju o lata świetlne. Jest to normalne. Warto o tym wiedzieć, aby się nie zniechęcić.

Wielu klientów nie ma odwagi dojść do tych momentów, nie ma gotowości na przyjęcie odpowiedzialności za swoje obecne życie. Ciągle oczekują, że ci, którzy przyczynili się do ich położenia powinni coś zrobić, coś powiedzieć. Ale najczęściej tak nigdy się nie dzieje. I choć jest to bardzo trudne, to jedyną drogą do poczucia wolności jest opłakanie swojej straty i pogodzenie się z nią, a następnie wzięcie tego, co przed nami, w swoje ręce.