O co tyle szumu?

O co tyle szumu?

Bez zbędnych wstępów i ceregieli napiszę wprost. Wychowanie do życia w rodzinie to najfajniejszy przedmiot, jaki znajduje się na liście zajęć edukacyjnych. Nie piszę tego sarkastycznie, ironicznie, cynicznie, choć te postawy uważam za równie szczere, co „autentycznie, na prawdę, na serio, na poważnie”. W dyskusji nad prowadzeniem zajęć z WdŻwR (bądźmy dokładni – nie lubię skrótu „WDŻ”) jak zwykle brakuje mi pochylenia się nad faktami i przepisami oraz wypuszczenia powietrza przez wszystkich tych, którzy mają misję wybawienia uczniów zarówno od „staroświeckości”, jak i „deprawacji”. Zatem mam nadzieję, że w tym wpisie uda mi się chociaż po części przekonać Was, abyście wyrobili sobie własne zdanie na ten temat i podejmowali świadome decyzje w kwestii ewentualnego niewyrażania zgody na udział swoich dzieci w tych zajęciach. Nie sposób omówić wszystkiego, ale zwrócę uwagę na „top” tematy.

DLACZEGO DZIECI MAJĄ UCZYĆ SIĘ WYCHOWANIA DO ŻYCIA W RODZINIE?

W 1993 r., czyli najprawdopodobniej wtedy, kiedy rodzice obecnych IV-klasistów niekoniecznie interesowali się polityką, weszła w życie ustawa o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. Spójrzcie:

Art. 4. 1. Do programów nauczania szkolnego wprowadza się wiedzę o życiu
seksualnym człowieka, o zasadach świadomego i odpowiedzialnego rodzicielstwa, o
wartości rodziny, życia w fazie prenatalnej oraz metodach i środkach świadomej
prokreacji.

Raczej nie spotkałam się z kwestionowaniem tego zapisu. Jeśli znaleźlibyście na ten temat rozsądną dyskusję – podzielcie się, proszę. Zatem zwróćcie uwagę na k o n t e k s t, w którym powstała myśl o wprowadzeniu tego przedmiotu. Cel był niewątpliwie dobry i szlachetny, a na jego realizację musieliśmy czekać pięć lat. Nie oburzajcie się od razu. W polityce nie jest łatwo się zorganizować: trzeba powołać komisję, zespół ekspertów, którzy się spotykają, rozmawiają, przygotowują. To trwa. I dobrze.

Pamiętajcie, że wprowadzenie ww. ustawy nie spowodowało, że przedmiot został wprowadzony do szkół. Pierwsze rozporządzenie ministra właściwego pochodzi z 1998 r. i wprowadza przedmiot „Wiedza o życiu seksualnym człowieka”. Dokładną liczbę godzin w poszczególnych klasach i program nauczania możecie zobaczyć TUTAJ (Ministrem Edukacji Narodowej był wówczas Mirosław Handke w rządzie Jerzego Buzka). Przedmiot „Wychowanie do życia w rodzinie” został wprowadzony na mocy Rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej z dnia 12 sierpnia 1999 r. (MEN: również M. Handke). Warto pamiętać, że właśnie w tym roku, 1 września roczniki ’86 stały się gimnazjalistami.

WYCHOWANIE DO ŻYCIA W RODZINIE NA ŚWIADECTWIE SZKOLNYM – SKANDAL!

Chwila, moment, come down. Uwaga – ten przedmiot nigdy nie był „obowiązkowy”, a uczniowie nie podlegali ocenie, a tym samym nie decydował on o promocji do następnej klasy. Uczniowie mieli jedynie adnotację na świadectwie szkolnym w miejscu na zajęcia dodatkowe, że uczestniczyli w „Wychowaniu do życia w rodzinie”. Jeśli nie uczęszczali na te zajęcia – na świadectwie nie było o tym wzmianki. Również po reformie ta zasada OBOWIĄZUJE.

CZY UCZEŃ MUSI UCZĘSZCZAĆ NA ZAJĘCIA Z WdŻwR?

W tym zakresie zmiany dokonywały się subtelnie i zawsze każdy był zadowolony. Początkowo rodzice musieli wyrazić pisemną zgodę na udział dziecka w zajęciach. Oczywiście uczniowie pełnoletni sami mogli i mogą zadecydować o sobie, ale już rozporządzenie z 2009 r. wprowadziło regułę, że dziecko uczęszczało na zajęcia niejako „z urzędu”, a dopiero, gdy rodzice wręczyli mu karteczkę z „brakiem zgody”, mogło na nie nie chodzić. Miało to wpływ na podniesienie frekwencji ;). Przepisy te nie zostały zmienione obecnym rozporządzeniem, zatem powyższa zasada OBOWIĄZUJE.

We wprowadzeniu do programu nauczania (podręcznik „Wędrując ku dorosłości”, Teresa Król) czytamy:

Dobrowolność udziału w lekcjach wychowania
do życia w rodzinie wynika z respektowania
prawa rodziców jako pierwszych i najważ-
niejszych wychowawców swoich dzieci. Ten
szczególny status rodziny jest konsekwencją
funkcjonującego w Rzeczypospolitej Polskiej
porządku konstytucyjnego. Konstytucja gwarantuje
rodzicom prawo do wychowania dzieci
zgodnie z własnymi przekonaniami (art. 48 ust.
1 i art. 53 ust. 3).

Wszystko pięknie, tylko jak to się ma do innych przedmiotów? Dlaczego tylko o WdŻwR rodzice mogą decydować? A język polski? Historia? Na tych przedmiotach nie ma wychowywania? To jest raczej nieuniknione, a ja nie lubię niekonsekwencji. Nie jestem w ogóle zwolenniczką obowiązku szkolnego, ale to jest temat na oddzielną notkę.

PODSTAWA PROGRAMOWA WYCHOWANIA DO ŻYCIA W RODZINIE

Treść podstawy znajduje się w Rozporządzeniu z dnia 14 lutego 2017 r. od strony 197, następnie od 280 (dla wyższego etapu edukacyjnego) To, co jest rzeczywistą zmianą to fakt rozpoczęcia uczestnictwa w zajęciach „Wychowanie do życia w rodzinie” uczniów IV klasy szkoły podstawowej. To nie oznacza, że podstawa programowa tego przedmiotu nie jest realizowana wcześniej – jest, ale w klasach I-III te treści są „wplecione” w program nauczania wczesnoszkolnego. (Moim zdaniem to dobrze: im szybciej dzieci będą mogły porozmawiać z kimś na tematy związane z relacjami, rodziną, płciowością, dojrzewaniem, tym lepiej. Oczywiście w pierwszej grupie dostępnych dorosłych powinni być rodzice, ale nie wszystkie dzieci mają takie szczęście).

Na stronie www.wdz.edu.pl znajdziecie w plikach do pobrania program nauczania dla poszczególnych klas. Najbardziej interesujący na tę chwilę jest program dla klasy IV i dla klasy VII. Nie chciałabym komentować tutaj poszczególnych zapisów – sami możecie się z nimi zapoznać i najlepiej na tym wyjdziecie. W tym miejscu chciałam się z Wami podzielić bardziej ogólnymi refleksjami i  n a s t a w i e n i e m.

Wychowanie do życia w rodzinie to bardzo ważne zajęcia. Zwróćcie, proszę, uwagę na samą nazwę. Chyba nie ma ładniejszej. I wcale nie przedstawiam swojej opinii w kontrze do „edukacji seksualnej” – ona moim zdaniem jest równie ważna i ba! jestem przekonana, że w nauczaniu WdŻwR jest na nią miejsce. Nie trzeba szukać dziury w całym, tylko robić swoje: zarówno edukować, jak i wychowywać. Jest oczywiste, że szczęśliwe dzieci i młodzież wyrastają ze szczęśliwych środowisk (niekoniecznie rodzinnych, ale to zdarza się rzadko), zatem w a r t o, aby od najmłodszych lat zastanawiały się – mówiąc kolokwialnie – nad sobą, swoim m i e j s c e m  w  ś w i e c i e. Te zajęcia dają im na to szansę. I przed reformą również dawały! Nie oszukujmy się – każdy nauczyciel i tak będzie realizował podstawę programową, jak będzie chciał.

KTO UCZY WYCHOWANIA DO ŻYCIA W RODZINIE?

Nowe rozporządzenie nic nie zmieniło w zakresie posiadanych kwalifikacji nauczycieli WdŻwR (a szkoda). Zapis brzmi:

Zajęcia mogą być prowadzone przez osoby posiadające kwalifikacje do nauczania w danym typie szkoły oraz ukończone studia wyższe w zakresie nauk o rodzinie albo studia podyplomowe lub kursy kwalifikacyjne zgodne z treściami programowymi zajęć.

Gdy przyjrzycie się podstawie programowej tego przedmiotu – obojętnie czy poprzedniej czy obecnej, zauważycie, że osoba która prowadzi ten przedmiot powinna posiadać wiedzę z zakresu: biologii, medycyny, psychologii, pedagogiki, socjologii i prawa. Jeśli nie uwzględniłam jakiejś dziedziny, to dajcie znać. Możemy mydlić sobie oczy i mocno wierzyć, że magister historii, polonistyki, matematyki, chemii itd. (spełnienie pierwszego członu wymogów kwalifikacji) po zrobieniu kursu kwalifikacyjnego posiada taką wiedzę. No nie 🙂 Choćby nie wiem, jak był gorliwy.

Z drugiej strony można pomyśleć również tak: mamy uczyć dzieci o rodzinie. Co w tym trudnego? Nic. I z tym też się zgodzę. Ostatecznie – sądzę – wygrywa podejście do tematu, jego ciekawe ujęcie, charyzma, jaką posiada prowadzący i sposób zachęcania uczniów do aktywnego udziału w zajęciach. 

PROF. URSZULA DUDZIAK – ODPOWIEDZIALNA ZA ZMIANY W PODSTAWIE PROGRAMOWEJ PRZEDMIOTU „WYCHOWANIE DO ŻYCIA W RODZINIE”

Tyle szumu wokół osoby prof. Dudziak. Nie będę dokładała swoich trzech groszy do tej dyskusji. Zatem krótko:

  • Minister Handke, zanim WdŻwR weszło do szkół, powołał zespół, któremu przewodniczyła prof. Krystyna Ostrowska. Możecie posłuchać jej wystąpienia (absolutnie nieudanego, ale to chyba domena niektórych akademików starszej daty: nudne jak flaki z olejem, bez prezentacji, bez polotu) przedstawiającego wizję zespołu na ten przedmiot z 2012 r. TUTAJ. Od początku ten przedmiot był osadzony w personalistycznym paradygmacie wizji człowieka. Ta linia jest kontynuowana po dziś dzień. W tym zakresie nie zmieniło się NIC.
  • Wystąpienia prof. Dudziak o antykoncepcji możecie wysłuchać w TYM miejscu. Niestety, raczej trudno mi je obronić.
  • Nie cierpię programu „Czarno na białym” realizowanego przez TVN24 (muzyka, prowadzący – dość kiczowata produkcja), ale TUTAJ możecie wysłuchać kontrargumentów do wyżej załączonego wystąpienia prof. Dudziak.

Nie napisałam niczego odkrywczego, ale bardziej zależy mi, abyście poprzez tę notkę mieli dobre źródło informacji o podstawowych sprawach związanych z „Wychowaniem do życia w rodzinie” i abyście wiedzieli gdzie i czego szukać. Decyzje podejmujcie po przeczytaniu, przemyśleniu, dyskusji. Nie wyciągajcie pochopnych wniosków. Jeśli Wy – jako rodzice – będziecie przekonani co do tego, że WdŻwR to dobry sposób na spędzenie 45 minut przez Wasze dzieci w ciągu tygodnia zajęć, to zwiększacie prawdopodobieństwo zadowolenia Waszych pociech z tego przedmiotu, a tym samym ułatwiacie pracę nauczycielom – wspomagacie ich autorytet, przez co lepiej im się pracuje i są zadowoleni, co z kolei wraca do uczniów jak bumerang. I doskonale.

Co Wy myślcie o „Wychowaniu do życia w rodzinie”? Wypisalibyście swoje dziecko z niego czy nie? Jakie oczekiwania macie względem tego przedmiotu?

  • Magda

    Hej. Chciałbym wyrazić swój pogląd w temacie PdŻwR. Przede wszystkim uważam, iż w szkołach powinien być przedmiot nauczania w zakresie pedagogiki ogólnej w zakresie, której dzieciaki mogłby uczyć się, jak powinny wyglądać prawidłowe relacje społeczne (głównie te w zakresie rodziny i najbliżego środowiska). Na czym polega budowanie zwiazków międzyludzkich i jak kochać dobrze ( potrafić eliminować toksycznosci).
    Drugą kwestią jest sprawa doboru kadry pedagogicznej. Zdecydowanie uważam, iż w tak istotnych dla rozwoju społecznego dzieci, tematach i treściach zawartych w przedmiocie PdŻwR, powiny to być osoby z ukończonymi studiami wyższymi na kierunku pedagogika rodzinna!

    • Dziękuję za Twoją opinię! W pierwszej kwestii, o której mówisz, to już w tej chwili „Wychowanie do życia w rodzinie” obejmuje te zagadnienia, o których napisałaś. Kwestia jest właśnie tego, na co zwraca się uwagę w podstawie programowej i jak się ją realizuje. Co do przygotowania kadry – rozumiem Twoje podejście, co zresztą napisałam we wpisie, ale dałam też wyraz temu, że jestem przekonana, że dobrzy nauczyciele tylko po skończonym kursie też się znajdą. 🙂 Pozdrawiam!

  • Justyna

    Dzień dobry, cześć 🙂 Głos zabiorę również ja. WdŻwR to dla mnie przdmiot, który określę mianem hit! I to już tłumaczę dlaczego. Po pierwsze, ja sama uważam, że jest to bezdyskusyjnie potrzebny, wartościowy i ważny przedmiot w szkole! Oczywiscie, edukacja seksualna, wychowanie do życia i ogólna nauka przystosowująca do funkcjonowania w społeczeństwie są zadaniami rodziców, ale nie tylko! Rodzice to niekwestionowani pierwsi nauczyciele w życiu każdego człowieka. To na ich przykładzie uczymy się, jak funkcjonuje komórka spłeczna, kórą jest rodzina; jak wyglądają realcje pomiędzy członkami rodziny itd. Niemniej jednak w momencie, gdy dziecko idzie do szkoły, trafia do zupełnie nowego otoczenia – ma zatem styczność z osobami, których wcześniej najczęściej nie znało, musi nauczyć się nowych relacji, zaczyna się jego życie towarzyskie – jeśli tak można powiedzieć. To, jakie dziecko jest w ogromnej mierzy zależy od jego rodziców. Ale mamy drugą stronę medalu – kiedy dziecko zaczyna zżywać się z klasą, zaczynają tworzyć się różnej rangi relacje, ktoś zostaje przyjacielem, ktoś wrogiem – struktura socjometryczna jest tutaj bardzo dynamiczna – potrzeba często dodatkowej pomocy, ponieważ rodzice nie zawsze wszystko wiedzą, nie znają wszystkich rówieśników dziecka, czasami nie potrafią rozpoznać, o co dziecku chodzi. Takie poczucie zżycia i przyzwyczajenie z łatwoscią można zaobserwować w 4 klasie szkoły podstawowej, kiedy to kanonu przedmiotów szkolnych mają wejść zajęcia z WdŻwR. Moim osobistym zdaniem jest to doskonały moment na takiego typu zajęcia. Uważam tak głwoenie z dwóch powodów – pierwszy to ten, o kórym napisąłam już wcześniej, a drugi to taki, że dziecko jest wtedy w idealnym wieku, by zacząć z nim rozmawiać poważnie na tematy związane z seksualnością. Na początku oczywiście (jeśli dziecko nie miało w domu okazji nazywać swoje narządy płciowe słowami, które je w rzeczywistości określają, ale głupawymi zdrobnieniami) mogą pojawić się śmiechy i infantylne komentarze, wynikające z zakłopotania dziecka. W wieku 10 lat dzieci juz wiedzą, ze dziewczynki i chłopcy różnią się od siebie, ale nie zawsze wiedzą, dlaczego, po co i jak. Jest to zatem najwyższy czas, by zacząc im wszystko tłumaczyć i nazywać to tak, jak trzeba. Dzieki temu w przyszłości uniknie się niewiedzy, zażenowania dotyczącego relacji damsko-męskich i nabędzie się umiejętność rozmawiania na trudne tematy. I w tym miejscu pojawia się drugi powód, dla którego przedmiot ten określam mianem hitu. Otóż, do tego wszystkiego trzeba WYKWALIFIKOWANEJ, PROFESJONALNEJ KADRY, a nie byle kogo po studiach. Kiedy ja byłam w podstawówce ten przedmiot prowadził – o zgrozo! – nauczyciel muzyki i kościelny organista w jednym! I słysząc każde kłopotliwe pytania, cały się czerwienił i zmieniał temat! Mało tego. Mój brat, który chodzi teraz do tej samej podstawówki, WdŻwR ma z tym samym nauczycielem… Brakuje mi słów, by to skomentować. Idźmy dalej. W moim liceum nakazywano, by rodzice nie wyrażali zgody na uczestniczenie dziecka w WdŻwR, ponieważ nie było, komu prowadzić tych zajeć. W dużym poważnym liceum…. Więc nie mieliśmy tych zajeć, co było nam wtedy na rękę, ponieważ to zawsze 1 godzina lekcyjna mniej w tygodniu 😉 Zresztą, ja w liceum tych zajęć nie potrzebowałam, ponieważ w gimnazjum miałam je z naprawdę genialną nauczycielką, kóra była bezpośrednia i dla której nie istniał zaden temat tabu. Uczyła nas zrówno relacji międzyludzkich, jak i edukowała seksualnie, zostawiając przy tym swoje poglądy dla siebie. Dlatego też uważam, że jedyna reforma, jaka powinna mieć miejsce w kwestii tych zajęć, powinna dotyczyć sprecyzowania, KTO moze takie zajęcia prowadzić – wg mnie powinna to być osoba z ukończonymi studiami psychologicznymi lub pedagogicznymi, ewentualnie jeszcze biolog, ale to w razie ostateczności.
    Rozpisałam się, ale uważam, że poruszyłaś ważny i nieco kontrowersyjny temat. Pozdrawiam 🙂

    • Justyno, Twój głos zasługuje na uznanie. Powinnaś go opublikpwać w ramach notki na swoim blogu 🙂 też uważam, że od IV klasy jest ok, chociaż, gdy przyjrzeć się już szczegółowemu programowi nauczania, to chłopcy i dziewczynki na lekcjach prowadzonych osobno mają rozmawiać mniej więcej o tym samym. Tzn. układ rozrodczy jest jest męski dla chłopców, a żeński dla dziewczynek. Nie jestem przekonana co do tego podziału, ale też sądze, że w wypadku chłopców to będzie na razie dużo śmiechu i tyle. Bo też sobie nie wyobrażam, żeby byli zainteresowani rozwojem ciąży – a też to jest w programie. Co do kadry – rozumiem Twoją opinię, ale jak też pisałam wcześniej, nie byłabym w tej kwestii aż tak radykalna. Być może wystarczyłaby zmiana w treściach programowych dla kursów kwalifikacyjnych? Bo chyba od ’99 nic się nie zmieniło, a wtedy były to pierwsze programy, które wymagałyby w tej chwili ulepszenia…

      • Justyna

        Z pewnością masz rację, co do tych kursów 🙂 Dziwię się, że w rządzie nie ma świeżych spojrzeń na te sprawy… A moze są, ale zagłuszane??? Nie wiem. Ale bardzo mi szkoda, że w naszym kraju co zmiana rządu, to zmiana wszystkiego, co zmienić można. Dziękuję za sugestię, co do notki 🙂 Pomyślę o tym 🙂

  • Co tu wiele pisać – w szkole dobrze może być prowadzony język polski a beznadziejnie matematyka i na odwrót – tego się nie uniknie. I nie powinno być to podstawą do wykreślania przedmiotu z programu.
    Każda zmiana jednym się podoba innym nie – szkoda tylko, że wielu z nich nie zna faktów i nie wie przeciwko czemu protestuje 😉

    • Zawsze warto po prostu coś więcej PRZECZYTAĆ w danym temacie – czyli sięgnąć do źródeł. W tym wypadku do rozporządzeń i programów nauczania. Dziękuję za odwiedziny, zapraszam ponownie i na dłużej 🙂

  • Warto wiedzieć i znać niuanse – to jest pewne. Uważam, że to jeden z najważniejszych (o ile nie jedyny) przedmiot szkolny. Ostatecznie życie codzienne nie sprowadza się w tak dużym stopniu do innych dziedzin. Jednak sam zakres, zgodność poszczególnych tematów z aktualnym stanem wiedzy, etyką nie wszystkim odpowiada co też mnie nie dziwi.

    • Zgadzam się, dlatego warto poświęcać mu uwagę, rozmawiać, analizować. Dziękuję za odwiedziny!

  • Jeszcze nie zastanawiałam się nad tym, czy wyrażę zgodę na uczestniczenie w tych zajęciach czy nie. Moje dzieci są jeszcze małe, ale z tego co pamiętam w szkole miałam ten przedmiot i nie było to coś co wzbudzało kontrowersje.

    • Myślę, że wśród dzieci mniej wzbudza kontrowersji niż u dorosłych. 🙂