Natalia Fiedorczuk, Jesper Juul, Szymborskiej nie będzie i dlaczego blog miał przerwę.

Natalia Fiedorczuk, Jesper Juul, Szymborskiej nie będzie i dlaczego blog miał przerwę.

„Dlaczego nie zdecydowałaś się na opowiedzenie tej historii w pierwszej osobie: „Ja, Natalia, miałam depresję poporodową”.

Bo to nie są wszystko moje doświadczenia. Gdybym to wszystko przeżyła, chybabym umarła. To jest jedna historia ulepiona z kilkudziesięciu opowieści kobiet, ze strzępków zdań, słów kluczy, nocnych rozmów na Messengerze i wertowania forów. W połączeniu z moimi własnymi przeżyciami to zrobiło mi niezłą sieczkę w głowie i chciałam to odreagować, emocja po emocji, stan po stanie, chwila po chwili, przepracować na amen. Nie chciałam, żeby to były memuary Natalii Fiedorczuk, choć oczywiście utożsamiam się z moją bohaterką.”

[Cały wywiad z Autorką TUTAJ]

Na wielu blogach czytałam, że to ważna książka, porusza trudne tematy, pokazuje macierzyństwo takim, jakie jest. Na razie nie wiem, jak to jest być mamą, ale po przeczytaniu wywiadu z Autorką jestem pewna, że z książki „Jak pokochać centra handlowe” się tego nie dowiem. Jest zbyt jednoznaczna. Macierzyństwo jako trud, wyrzeczenie, poświęcenie, obwisłe piersi, a to wszystko zapowiadał przecież porośnięty czarnymi włosami ciążowy brzuch. Skoro Autorka zdecydowała się na kolaż narracji, to dlaczego nie sięgnęła też po pozytywne historie? Może tylko ja ciągle trafiam na nowoczesne blogi ciążowe i macierzyńskie, które nie przedstawiają tego tematu jako etapu życia do pozazdroszczenia i przez które muszę uprawiać trening autogenny Schultza, by opanować stres związany z porodem. Po lekturze niektórych artykułów ze „Zwierciadła” czy „Twojego Stylu” w głowie kołacze mi się ciągle „poród, połóg, pierwsze chwile z dzieckiem to tematy tabu, które trzeba odczarować”. Tylko po co? Chyba każda kobieta zdaje sobie sprawę z tego, że poród to ból. Bardzo dobrze, że dzięki poradnikom można się do niego przygotować i na przykład spakować dziecięce, dmuchane koło ratunkowe, które może okazać się zbawienne. Chodzi mi o narracje, która jest wszechobecna i którą trzeba równoważyć. Zapewne zaraz po dokonaniu tego wpisu wezmę się za poszukiwania artykułów/blogów, które przybliżają wspomnianą tematykę nieco inaczej. I wszystkie przestraszone panie w ciąży również gorąco do tego zachęcam.

O ile książka Natalii Fiedorczuk nieźle mnie zirytowała, ale przeczytałam ją z zaciekawieniem i uwagą, o tyle z pełną odpowiedzialnością nie rekomenduję Wam najnowszej książki Jespera Juula „Rodzic jako przywódca stada”. Poprosiłam o tę książkę wydawnictwo MiND, ponieważ byłam, niezwykle ciekawa, co jeden z najlepszych europejskich terapeutów ma do powiedzenia tym razem. Otóż nic. Ta książka nie jest o przywództwie w rodzinie. Ja nie wiem, o czym ona dokładnie jest. Mam wrażenie, że Autor miał na komputerze kilka popełnionych już esejów, które wydawcy z pocałowaniem ręki przyjęli, ponieważ w wypadku takich autorów jak Juul nie jest do końca istotne, co piszą, ale że w ogóle piszą i ludzie ich kupią. Nie potrafię przyklasnąć innym recenzjom, które opiewają tę książkę. Autor powtarza swoje wcześniejsze tezy z „Twojego kompetentnego dziecka”, czy „Twojej kompetentnej rodziny” (skądinąd świetnych!). Jeśli wydawnictwo się na mnie zezłości za brak pozytywnej recenzji – trudno, egzemplarz odeślę. Zapowiadałam recenzję o tej książce na Facebooku porównaniem Jespera Juula do Wisławy Szymborskiej. Otóż ta ostatnia wiedziała, kiedy napisać „Wystarczy” (a mimo to nie mogę się z tym pogodzić, że nigdy więcej nie będzie niczego nowego).


Nie czuję potrzeby tłumaczenia się przed światem, dlaczego od trzech miesięcy blog świeci pustkami, ale czuję tę potrzebę przed samą sobą. Nie. Właściwie to przed Wami też czuję potrzebę złożenia wyjaśnień (tak, jako oskarżona) bo przecież nie piszę pamiętnika do szuflady, tylko publicznego bloga.

BLOGOSFERA

Zapewne w niedługim czasie „bloger” stanie się zwykłym zawodem, a oferta uczelni wyższych rozszerzy się o kierunek studiów, w którego opisie będziemy czytać „kreowanie bloga kluczem do sukcesu”. Blogów są tysiące – mądrych, wartościowych, estetycznych, profesjonalnie zarządzanych. Mój raczej taki nie jest. Istnieje mnóstwo parentingowych, psychologicznych internetowych „pamiętników”, które poruszają dokładnie te same tematy. Mój jest tysiąc pierwszy. Co ma w sobie innego? Czy cokolwiek, co jest bardziej wartościowe od artykułów na www.dziecisawazne.pl? Przez długi czas starałam się śledzić blogi, czerpać z nich inspiracje i… naśladować je. A jeśli coś nie jest moje, to się nie przyjmie ot tak. I nie przyjęło się. Zaowocowało trzymiesięczną przerwą, podczas której byłam pewna, że nie mam do powiedzenia nic ciekawego. Żeby być na powierzchni w kółko musisz kogoś wyprzedzać z tematami, ująć coś inaczej, na blogu musi się dużo dziać. Przerosło mnie to. Nie potrafię tak. Miałam do tego ambicje, ale chyba muszę sobie po prostu powiedzieć, że jestem zbyt zwykła, by być „na fali”.

FACEBOOK I TWORZENIE KOGOŚ, KIM NIE JESTEŚ

Nic na to nie poradzę, że nie przepadam za działaniami marketingowymi. Zapewne dlatego akurat mój blog nigdy się nie „sprzeda”. Nigdy nie mów nigdy, ale na razie się nie zapowiada. Jeśli publikujesz w internecie, a nie masz konta na Facebooku – nie ma cię. Nie cierpię tego, że tak jest, ale tak jest. Nie cierpię tego, że na Facebooku wszyscy są szczęśliwi, uśmiechnięci, osiągają sukcesy, spełniają marzenia. Żeby mnie dobrze zrozumieć – cieszę się, jeśli jest to prawda, ale wiem, że w wielu wypadkach tak nie jest. To tylko kreacja. Wrzucamy zdjęcia z imprez weselnych, z cudownych wakacji, informujemy o sukcesach i udajemy, że dokładnie wiemy, co dzieje się w Sądzie Najwyższym. Tytułujemy wpisy na blogach tak, aby zachęciły kogoś na Facebooku, żeby je w najlepszym wypadku polubił, w najgorszym kliknął na wpis (myślę, że większość osób, które lubią mój blog na Facebooku nie czyta go). I tutaj prośba do Ciebie, Czytelniku – jeśli dobrnąłeś już tak daleko i czytasz ten wpis, to proszę nie „polubiaj” go. Jeśli chcesz dać mi znać, że przeczytałeś, możesz zostawić komentarz tutaj albo na Facebooku albo pisząc przez formularz kontaktowy. Dziękuję. To mój taki mały eksperyment. Tak – w ogóle nie chwytliwy i nie marketingowy, ale nie ma taki być. Jeśli chociaż jedna osoba to przeczyta i wyciągnie coś dla siebie, to znaczy, że było warto. I oto powód trzymiesięcznej przerwy publikowania również na Facebooku; bo co na blogu – to na profilu. Zauważyliście pewnie, że moje wpisy są często sponsorowane. Bez tego publikowanie na Facebooku jest dla nowych osób niewidoczne. Tak działa ta sieć społecznościowa. Nie lubię tego i jednocześnie nic na to nie poradzę, więc zamierzam to zaakceptować.

RECENZJE

Zanim staniesz się blogerem, któremu wydawnictwa wciskają książkę za książką, musisz mieć bardzo dużo wejść, polubień na Facebooku i interakcji na blogu. Dlatego irytujące jest, kiedyś ktoś pisze o „współpracy” z wydawnictwem. Jakiej współpracy? Takich blogerów jest naprawdę niewielu, a „współpracuje” każdy. To, co naprawdę udało mi się osiągnąć podczas prowadzenia tego bloga, to brak odmowy wydawnictwa na moją prośbę o przysłanie książki i to często w dwóch egzemplarzach (jeden na konkurs). Prosiłam o książki, które często mnie zawodziły (na przykład wyżej wspomniana „Rodzic jako przywódca stada”). Jeśli chcesz, aby twój blog miał wejścia, powinieneś pisać o nowościach. Dlaczego? Bo ludzie wpisują te tytuły w wyszukiwarki i a nuż trafi na Twojego bloga. Podjęłam decyzję, że nie będę recenzować nowości, jeśli naprawdę nie będę nimi żywo zainteresowana, bo to skutkuje trzymiesięcznym przestojem. Recenzja mi zalega, książka straszy z półki, a to, na co naprawdę mam ochotę, musi czekać. Bez sensu. Ani Wy na tym nie korzystacie, ani ja.

ZBLIŻAJĄCE SIĘ MACIERZYŃSTWO

W maju dowiedziałam się, że jestem w upragnionej ciąży i to przysłoniło mi cały świat. Zaczęłam zachłannie czytać książki o ciąży i pierwszym roku życia dziecka. Nie chciałam na tamten moment pisać o tych książkach, dlatego nie pisałam nic, bo… innych nie czytałam. Z racji tego, że jest to dla mnie (wg wskazań lekarskich) czas leżąco-odpoczywający, będę musiała zrezygnować ze swoich dotychczasowych aktywności, które są dla mnie bardzo ważne: prowadzenia psychoterapii, prowadzenia warsztatów i szkoleń, a także studiowania psychologii. Od września miałam ruszać z działalnością gospodarczą. Wszystko uległo zawieszeniu. Oczywiście nie rezygnuję z tego na zawsze, ale są to powody, które obniżyły moją motywację do pisania bloga. Bo dla kogo mam go pisać, jak nie dla moich Klientów, uczniów, kolegów ze studiów?


Dalej będę pisać, ale już w oczyszczonej atmosferze. Postaram się nie załamywać, gdy coś mi się nie uda (wiecie ile rzeczy trzeba się nauczyć od strony technicznej, prowadząc stronę internetową?). Nie będę sobie narzucać czasowego rygoru ani do utraty tchu podążać za trendami. Cóż… Występ w „Pytaniu na śniadanie” będzie musiał zaczekać (głupie marzenie).

  • Uścisk Gołoty

    Proszę się nie martwić – poczekamy ile będzie trzeba na Pani występ w pytaniu na śniadanie!

    • Ten komentarz w połączeniu z pseudonimem komentującego powinien otrzymać laur zwycięstwa. 🙂 dziękuję!

  • a

    na wszystko przyjedzie czas, a ci co czytają wcale się nie zrazaja przerwą : ) będziesz najlepszą Mamą! : )

    • Bardzo się cieszę, zapraszam i pozdrawiam! 🙂

  • Agat

    Bardzo piękny wpis! Leż i czytaj o pozytywnych aspektach rodzicielstwa, przyjemność z blogowania sama powróci na właściwe tory 🙂

    • Dziękuję za miłe słowa! 🙂

  • Pozytywne historie z początków macierzyństwa, ale nie takie tchnące landrynkowa słodyczą, lecz pokazujące plusy i minusy tych doświadczeń, też są w sieci – zapewniam. Kazdy opowiada swoją historię, ale to Ty decydujesz, co czytasz. Jeśli chodzi o prowadzenie bloga, mam podobne przemyślenia co Ty – nic na siłę.

    • Nie, absolutnie nie chodzi o landrynkową słodycz, ale o „złoty środek”. Mnie zalewały negatywne narracje i to stało się przytłaczające, ale odkąd zdałam sobie z tego sprawę, wiem, że nie muszę przyjmować tylko tych opowieści, że są jeszcze inne. A prowadzenie bloga – cóż… Temat rzeka. 🙂 Serdecznie pozdrawiam!