Bliskość/dystans.

Bliskość/dystans.

Potrzeba bliskości kiełkuje w człowieku od urodzenia, a nawet jeszcze wcześniej. Niezwykle istotna jest więź z najważniejszym obiektem, jakim zazwyczaj jest matka (o teorii przywiązania możecie przeczytać tutaj: SIŁA RELACJI).  Początkowo noworodek jest bardzo silnie związany z obiektem – do tego stopnia, że nie odróżnia siebie od niego. To, jak bardzo człowiek potrzebuje bliskości, w dużej mierze zależy od umiejętności zróżnicowania Ja-obiekt…

Zaburzenie w związku: zatracenie poczucia odrębności, marzenia o dosłownej jedności z drugą osobą – pragnienie stania się nią, nadmierny lęk przed życiem w samotności, ciągły strach związany z poczuciem utraty bliskiej osoby; nadmierne pragnienie izolacji od partnera, odcięcie emocjonalne – niemożność wyrażania uczuć względem partnera, wyobcowanie

Ponieważ pragnienia bliskości i dystansu są wewnętrznie sprzeczne, często rozkładają się one między partnerów. Postronnemu obserwatorowi może się wówczas wydawać, że jeden z partnerów „wisi” na drugim, podczas gdy ten drugi przejawia tendencje ucieczkowe. W takich przypadkach pojawia się niebezpieczeństwo triangulacji, kiedy to dziecko zaczyna regulować dystans poprzez symptomy chorobowe.

[F. B. Simon, H. Stierlin Słownik terapii rodzin, Gdańsk 1998, s. 36.]

Cel psychoterapii: Równowaga między nadmierną bliskością a zbytnim dystansem.

Singer i Wynne przy omawianiu podobnych problemów posłużyli się terminem „właściwego dystansu”. Stwierdzili, że „w procesie dosrastania większość ludzi zdobywa umiejętność wyczuwania właściwego dystansu w relacjach z przedmiotami, ideami, ludźmi i zdarzeniami w zależności od okoliczności i uczy się zmieniać go elastycznie, płynnie i niezauważalnie w miarę rozwoju tych relacji” (…) Każda próba wytworzenia dystansu jest postrzegana przez partnera jako zagrożenie dla związku, każdy ruch w kierunku większej bliskości budzi obawy przed pożarciem przez drugiego.

[F. B. Simon, H. Stierlin, Słownik terapii rodzin, Gdańsk 1998, s. 37.]

Do terapeuty przychodzi kobieta czująca się nadmiernie przywiązana do mężczyzny, bardzo blisko z nim związana, uzależniona wręcz od jego obecności. Przyszła, ponieważ kolejny raz się pokłócili, a ona czuje, że już dłużej tego nie wytrzyma. On nie okazuje jej czułości, przychodzi po pracy zmęczony, je obiad i zajmuje się sobą. Ona nie usłyszy pytania „jak minął dzień”, zaczyna się dąsać, zachowywać sztywno, ale udaje, że nic jej nie jest. On pyta, co się stało, a ona na to, że nic. Później wybucha kłótnia o to, że nie umył po sobie talerza, a przecież to ona robiła obiad, więc mógłby chociaż wziąć do ręki gąbkę, odkręcić kran. On się denerwuje i mówi, że jak zwykle ona się go czepia, że chce mieć święty spokój i ma jej dosyć. Ona zaczyna płakać i czuje się nic niewarta. Przecież nikt nie uwierzy, że poszło im o ten nieumyty talerz…

Dobrze wyjaśnia powyższą sytuację profesor Bogdan de Barbaro na TED.